Długi weekend w Wiecznym Mieście.

 Pierwszy dzień, gdy przylecieliśmy ok. godz. 15 na małe podrzymskie lotnisko Ciampino, nie miał programu, ale był czas na samodzielne lub grupowe spacery po mieście. Nasz hotel Gioberti znajdował się w jego centrum, bardzo blisko dworca kolejowego, który właściwie jest centrum handlowo-komunikacyjnym (obejmującym też metro) i przylega do rozległego, malowniczego Placu Republiki.
Ruch uliczny jest trochę podobny do chińskiego. Są wprawdzie przejścia dla pieszych, ze światłami, ale ludzie postępują raczej intuicyjnie, co i kierowców też nie drażni. Wszędzie pełno jest policji i podobnych służb, ale nie zajmują się takimi drobiazgami. Ulice wyglądają bardzo podobnie do tych w innych miastach europejskich i właściwie możemy na chwilę zapomnieć gdzie się znajdujemy.

Wieczorem poszliśmy do restauracji na zamówioną obiadokolację, co też dało okazję do zgłębienia włoskich zwyczajów żywieniowych. Nie jadają oni obfitych śniadań, a ciężar żywienia przenosi się na godziny wieczorne. Posiłek składa się z trzech dań, trochę innych niż nasze. Pierwsze to makaron z czymś (w naszym przypadku był to sos pomidorowy z parmezanową posypką). Drugie - to mięso z ziemniakami. W tym przypadku była to bardzo smaczna pieczeń (z pieca) wieprzowa i przysmażane ziemniaki. Trzecie danie to obowiązkowy deser. Było to ciastko z kremem. Jak widać, nie jadają warzyw, a jeśli — to na samym początku.
Po kolacji zrobiliśmy wraz z pilotką rundkę spacerową po okolicach, co zresztą korespondowało z odległością wspomnianej restauracji od naszego hotelu.

 Pierwszy dzień planowego zwiedzania zaczynamy od dojazdu autobusem miejskim kawałek na południe, gdzie Tybr rozgałęzia się, tworząc małą wyspę. Sama rzeka nie jest zbyt szeroka. Aby sprawnie poruszać się po mieście, zaopatrzyliśmy się w bilety na komunikację miejską (szczególnie autobus i metro) pozwalające jeździć bez limitu w czasie ważności biletu. Nie jest to jednak bezwzględnie konieczne, gdyż wszędzie jest dość blisko.
Wchodzimy na wyspę masywnym mostem Fabricio, zbudowanym w I w. p.n.e. Mieszczą się tam dwa leżące naprzeciw siebie kościoły oraz dwa szpitale. Wracając, patrzymy na stojącą na wzgórzu naprzeciw dużą, podobno jedyną w mieście synagogę. Idziemy ponad brzegiem Tybru, chodnikiem z platanami, mijamy pozostałość niewielkiej świątyni Portunusa z I w. p.n.e., z rzędem kolumn i tympanonem, zaadaptowanej w IX w. na kościół katolicki.
Dalej przechodzimy koło podobnej, lecz okrągłej świątyni Herkulesa, z kolumnami i parasolowym dachem, o podobnej historii. Kolejne zabytki to fontanna oraz kościół z "ustami prawdy", z czym wiąże się legenda i przy których wszyscy chętnie się fotografują. Początkowo kościołem był ołtarz otoczony murem. Potem zbudowano właściwy, romański, o dzisiejszej nazwie Santa Maria in Cosmedin. Same usta znajdują się przed wejściem do kościoła. We wnętrzu wyróżnia się wygrodzona przestrzeń na środku nawy głównej - miejsce dla śpiewaków liturgicznych. Widzimy też czaszkę św. Walentego.

Potem wspinamy się na wzgórze, do kościoła św. Sabiny, z I połowy V wieku, jednego z najstarszych chrześcijańskich w Rzymie. Widzimy tam najpierw wielkie, drewniane, rzeźbione (ze scenami biblijnymi) drzwi wejściowe. Wewnątrz ciekawe są górne okna zrobione z minerału selenitu, zamiast ze szkła. Świątynia składa się z trzech naw, wyznaczonych kolumnami. Sklepienie to płaski sufit wyłożony drewnianymi płytkami. Wychodzimy do przylegającego ogrodu, skąd rozciągają się dalekie widoki na Rzym, z Watykanem włącznie. Jest tam też płyta prawie taka sama jak "usta prawdy", podobno fragment fontanny.

Potem wracamy do miasta i oglądamy z góry tereny spacerowe będące pozostałością po niegdysiejszym rzymskim hipodromie, o nazwie Circus Maximus. Ponad nimi rozciąga się Palatyn (gdzie kiedyś mieszkali cesarze) w postaci długiego rzędu ruin. Idziemy trochę ulicami i właściwie dochodzimy w pobliże naszego hotelu. Po przerwie zaczynamy zwiedzanie olbrzymiej bazyliki Santa Maria Maggiore. Przed wejściem przechodzimy kontrolę bezpieczeństwa, z prześwietleniem bagażu oraz otrzymujemy tamtejszy zestaw komunikacyjny (pomimo że mamy własny).
Wewnątrz bazylika jest bogato zdobiona i podzielona kolumnami na trzy nawy. Kolumny pozyskano z dawnej świątyni pogańskiej. Widzimy sufit kasetonowy, ze złotymi różami o średnicy podobno 1 m. Wyróżnia się baldachim nad ołtarzem, wsparty na kolumnach opasanych złotymi spiralami. W bazylice tej znajduje się grób papieża Franciszka. Innym ciekawym elementem jest posąg papieża Piusa IX w pozie zachwytu. Mija się go, schodząc o poziom niżej do Relikwii Żłóbka Świętego. 
    Po wyjściu z bazyliki udajemy się (autobusem, na południowy wschód centrum)) do kolejnej świątyni, Bazyliki św. Jana na Lateranie, z IV w. (nazwa pochodzi od patrycjuszowskiego rodu rzymskiego). Jest ona także bardzo duża, ale wnętrze jest bardziej surowe, w tonacji białoszarej. Zwracają uwagę duże białe rzeźby umieszczone w niszach. Część przednia (absyda) jest jednak bogato zdobiona. Wyróżnia się baldachim w kształcie wieży pałacowej (cyborium). Jest również kasetonowy sufit. Można także zejść do grobu papieża Marcina V. Mało jest w bazylice elementów oryginalnych, ze względu na pożary z XIV w. Kolejnym zwiedzanym tego dnia obiektem są znajdujące się nieopodal, w osobnym budynku, Schody Święte. Liczą 28 stopni i są obecnie obudowane drewnem. Należy je pokonywać na kolanach. Nie wolno po nich chodzić ani robić zdjęć. Z ich końca przechodzi się do kaplicy św. Marcina, dostępnej także schodami alternatywnymi. W sumie do zobaczenia, a tym bardziej - do zwiedzania, było tam niewiele.

    Po południu wybraliśmy się metrem, poza programem, do Bazyliki św. Pawła ("za murami", faktycznie dość daleko od centrum), która okazała się gigantyczna, pięcionawowa, a ponadto przylegał do niej dziedziniec z roślinnością, otoczony kolumnadą. Jest tam też szereg kaplic bocznych oraz rząd konfesjonałów i - oczywiście — grób św. Pawła.

 

Powrót do Wydarzenia 2026